To był mój pierwszy dalszy
wyjazd. Dwa i pół tysiąca kilometrów trzydziestoletnią CZtką, w dwie osoby,
obładowaną maksymalnie, z prędkoscią 60km/h... NIe zapomnę go nigdy, szczególnie
tej jazdy dzień-noc-dzień bez spania z awariami i przygodami.
Pojechalismy tak po prostu przed siebie na południe z nadzieją, że zajedziemy
gdzies dalej i wrócimy. Nie
mielismy wiele czesci, nie mielismy nawet zapasowej świecy. Mielismy ochote
gdzies pojechać wiec po prostu wsiedlismy i wio.Relacja
tego tak nie odda jak było w rzeczywistosci....
Teraz żałuję trochę, że tak skróciłem pisząc po powrocie tą relację. Nie było sensacji, tragedii które pokazują w głupiej telewizji ale było życie, inne niż to na codzień. Piękne widoki i czas, który mieliśmy bo nikt nas nie gonił, zupełna wolność i brak poczucia pędu, gonitwy w poszukiwaniu jakiś przewodnikowych hitów a tylko czysta droga, ciągle nowe i nieoczekiwane, bez stresu czerpanie z życia... Przy tym bardzo skromny budzet który nie pozwalal nam się zepsuć nawet gdy mieliśmy na to ochotę.
W opisie tym nic nie jest upiększone, sztucznie podkręcone przy piwku. Nieprzespane noce spędzone w drodze i tak wiele wydarzeń, ludzi napotkanych, zwierząt, widoków sprawiało, że gdy się już na prawdę spało po czterdziestukilku godzinach to jednak dalej kontynuowało podróż na jawie a CZ mogła odpocząć chłodząc swe metalowe wnętrzności.
Skład: Rafał (Wyatt), Tomek
Moto: CZ175 /477 Sport '73
Wyjazd w ciemno, przed siebie. Prędkosć na trasie- około 60km/h.
To spora różnica niż np. 100-120. Zupełnie inna jazda. Odcinek 700km jechało się cały dzień i noc, marzło...
To trzeba było przeżyć...
Super wyjazd! Niezapomniany

Piatek 19.07.02 r. (Slowacja)
Świtem docieramy do Zakopanego. Wjezdzamy na chwile na Krupówki. Przez Poronin i Bukowine Tatrzanska pedzimy przejscie graniczne. Do poludniowych sasiadów wjezdzamy bez koron i PL-ki. Celnik slowacki smieje sie, ze bedziemy sikac na silnik zeby go schlodzic. Bardzo dowcipne ale zbedne. W Lomnicy wymieniamy pieniadze. Znajdujemy nocleg dzwoniac z bezplatnego telefonu stojacego przy tablicy informacyjnej. Przyjezdza po nas gospodarz. Jedziemy za nim na kwatere. W pewnym momencie jego Skoda znika nam z pola widzenia. Zatrzymujemy sie z powodu braku paliwa. To na szczescie tylko rezerwa. Wraca po nas gdy zauwaza, ze motorki nie ma w lusterku.
Spimy w bezpiecznym
miejscu. Po sasiedzku mieszka prokurator. Zwiedzamy okolice. Gdy siedzimy
na krawezniku jedzac wielki chleb z malymi parówkami podchodzi do nas brodaty
starzec i wita w Slovenskej Republice. Zyczy nam zdrowia i udanego pobytu.
Wieczorem pozwalamy sobie na odrobine luksusu. Jemy obiad w restauracji. Przed
snem pijemy piwo. Jestesmy na Slowacji !
Sobota 20.07.02 r. (Slowacja, Wegry)
Pakowanie stalo sie swojego rodzaju rytualem. Sposób zamocowania bagazu byl bardzo wazny, wplywal na bezpieczenstwo i wygode podrózy. Musielismy miec latwy dostep do najpotrzebniejszych rzeczy takich jak dokumenty, pieniadze, klucze, ubranie przeciwdeszczowe, olej itp. Trwalo dosyc dlugo. Chyba najlepszy wynik osiagnelismy na Wegrzech gdy w pewnym momencie musielismy sie szybko ewakuowac... Budzimy sie. Pada deszcz. Niebo zachmurzone. Jemy sniadanie i szykujemy sie do wyjazdu bez specjalnego pospiechu. Przestalo. Zwiekszamy tempo i po chwili jestesmy juz na trasie. Zatrzymujemy sie szybko bo w Popradzie. Tam robimy zakupy. Nie mamy forintów a dzisiaj zamierzamy spac na Wegrzech. Trudno, moze gdzies dalej znajdziemy kantor. Jedziemy przez Preszów, Koszyce i przejscie w Hidasnemeti na Wegry. Slowacja to piekny kraj. Dobre drogi, malownicze widoki, ruiny zamków, góry. Warto tu przyjechac motocyklem. Mozna sie bez problemu dogadac, paliwo jest troche tansze niz w Polsce, jedzenie niedrogie, dobre piwo
Na Wegry wjezdzamy bez forintów. To juz tradycja. Wita nas lokalna kapela. Graja dopóki im nie zaplacimy. Ciekawe gdyby nie korony i zlotówki, które im dalismy czy grali by do dzis a my bysmy ciagle sluchali lambade. Zaczyna sie robic pusto w baku. Pierwsza wiec rzecz jaka chcemy zwiedzic w tym kraju jest stacja benzynowa. Jest! Mozna tankowac ale za forinty lub euro, których niestety nie mamy. Jedziemy na rezerwie. W hipermarkecie fuksem znajdujemy kantor. Wymieniamy walute i od razu czujemy sie pewniej. Troche zaskoczeni jestesmy wysoka cena paliwa. Silnik na szczescie jest wyrozumialy i zadawala sie niewielka iloscia mieszanki. Jest juz prawie ciemno. Szukamy jakiegos noclegu. Trafiamy na camping w Miszkolcu. Tam witaja nas Polacy kieliszkiem wódki. Siadamy z nimi, rozmawiamy. Przy kwaterowaniu maly przekret i zaoszczedzamy w ten sposób ok. 20 zl. Namawiaja nas zeby zwiedzic Budapeszt. Nie rzucamy moneta. Juz zdecydowalismy.
Niedziela 21.07.02r. Poniedzialek 22.07.02 r.
(Wegry, Rumunia)
Jedziemy glówna droga. Jest piekna pogoda. Wreszcie sucho i cieplo. Wstajemy wczesnie. Wyprzedzaja nas z duza róznica predkosci nasi wegierscy koledzy. Na niebie cumulusy, wokól pola sloneczników, na horyzoncie góry.
W Budapeszcie trafiamy na spory ruch. Stolica robi na nas wielkie wrazenie. Jezdzimy chyba wszystkimi mostami z jednej strony Dunaju na druga. Zatrzymujemy sie na lody, kupujemy widokówki. Jedziemy nad Balaton. Po drodze jednak mamy problem z bagaznikiem i usuniecie usterki zajmuje nam duzo czasu. Robimy w miedzyczasie zakupy. Proponujemy jezdzacym kolo nas rolkarzom holowanie ale nie wykazuja zainteresowania. Nad glowami przelatuja samoloty. Stoimy blisko lotniska. Gdy ruszamy jest juz ciemno i rezygnujemy z Balatonu na rzecz Budapesztu noca. Jest piekny. Oswietlone mosty, zacumowane na Dunaju statki. Chcemy sie zatrzymac by zrobic zdjecie ale wczesniej zatrzymuje nas policja. Okazalo sie, ze wyjechalismy wjazdem na parking. Zabieraja mi paszport i prawo jazdy. Mam sie po nie zglosic nastepnego dnia na komisariat i zaplacic mandat w wysokosci ok. 400 zl. Niedobrze. Nie mamy tyle pieniedzy by zaplacic i wrócic do Polski. Albo jedno albo drugie. Blagamy zeby nas puscili. Coraz bardziej realna staje sie perspektywa noclegu na parkingu. Dogadujemy sie po angielsku. Nagle staje sie cos niesamowitego. Oddaja dokumenty. Go sleep, go to Poland mówi jeden z nich. Na pamiatke dajemy im widokówki z Kalisza. Robimy slajd nad Dunajem i bardzo ostroznie wyjezdzamy z miasta. Jest juz pózno i ciemno. Jedziemy glówna ale pusta droga. Nie wiemy dokad prowadzi. Rezerwa wlaczona juz jakis czas temu a tu zadnych zabudowan nie wspominajac o stacji paliw. Jeszcze jedziemy ale juz czuje jak za chwile bedziemy wykonywac niezamierzone ruchy tulowiem w przód i tyl a silnik przy tym bedzie mówic buuuu . Podjazd pod górke bardzo sie dluzy. Czyzby nocleg w przydroznym lesie ? Nie! Otóz za punktem przegiecia najdluzszego dla nas wzniesienia podczas tego wyjazdu w dole pojawia sie piekna, lsniaca, ukochana stacja. Tankujemy po korek. Pijemy kawe, rzucamy moneta. Wypada orzel i jedziemy do Rumunii. Dostajemy jeszcze od obslugi mape Wegier z siecia stacji OMV. Kierujemy sie na Debrecen. Rezygnujemy z noclegu. W Fuzesabony przy zjezdzie z autostrady zatrzymuje nas patrol. Tym razem chcieli tylko obejrzec motocykl. Jest noc. Zle skrecilismy i troche bladzimy po jakims miasteczku. Jadac przez las szczególnie uwazamy na mogace pojawic sie zwierzeta. Ruch bardzo maly, gdzie mozemy jedziemy srodkiem drogi. Dlugie odcinki proste sprawiaja ze droga jest monotonna. Dziwne uczucie bo jak byśmy spali a jednak o świcie jesteśmy gdzie indziej, niedaleko granicy rumuńskiej.
Wreszcie wschód slonca.
Przekraczamy granice w Csengersimie. Celnik rumunski ku naszemu zdziwieniu mówi do nas po polsku: dziekuje, do widzenia . Jedynka, gaz i jestesmy w nowym kraju. To wspaniale uczucie. Mimo zmeczenia jestem bardzo szczesliwy. Tak niedawno jezdzilem jeszcze po swojskich drogach, które znam na wylot marzac o dalszym wyjezdzie a teraz oto spelniaja sie moje marzenia. Sciskam mocniej kierownice. Dziekuje Ci, ze wytrzymales... Nie mamy tutejszej waluty. Pytamy sie o kantor. Pewien mily Rumun wskazuje nam droge. Wymieniamy forinty na leje. Juz nam sie pomieszalo od tego ciaglego przeliczania. Zlotówki na korony, korony na forinty, forinty na leje. W portfelu robi sie pusto. Nie mamy kart platniczych itp. Drogi kiepskie. Sporo dziur. Kręcimy się po okolicy. W Satu Mare chyba najbardziej spodobały mi się salony fryzjerskie skąd czuć było zapachy jak u nas dawniej, woda kolońska, jakieś perfumy w buteleczkach ze spryskiwaczem w postaci gumowego wężyka z gruszką, stare fotele pokryte czerwonawą skórą czy dermą, obok pan fryzjer w białym fartuchu. Poza tym mnóstwo odświętnie ubranych ludzi, nie różniących się bardzo od tych co zostali w Polsce poza Cyganami, nierzadko proszącymi o jałmużnę. Na poczcie miła atmosfera jak ze starych filmów, spokój i to co w nich czarnobiałe tu w kolorach. Po pokręceniu się tu i tam wracamy na Węgry. Czujemy zmeczenie. Nie spimy juz ponad dobe, bedac praktycznie ciagle w drodze. Zaczyna padac. Gdy zatrzymujemy sie aby przykryc bagaz po chwili, zauwazywszy nas zatrzymuja sie podejrzane typki . Zapala sie swiatlo od wstecznego i cofaja do nas. Jestesmy sami w polu. Muzyczka, przyciemniane szyby i nie wiadomo co im chodzi po glowie. Migiem zapielismy bagaz i gaz do dechy. Nie wiemy czy nas gonili bo mieszanka byla bogata i pozostawialismy za soba blekitna chmure dymu. No i co teraz sie moze przydarzyc? Ano ciezko w to uwierzyc ale znowu zgubilismy lancuch. Stoimy w jakiejs wiosce i usuwamy usterki. Przynajmniej widzimy, ze nas nikt nie goni. Jest goraco. Ludzie nie wiem czy na nasz widok sie pochowali czy pojechali na otwarcie jakiegos hipermarketu bo zywej duszy nie bylo widac. Rolety pospuszczane, cisza.

Uruchamiamy uliczny hydrant zeby ugasic pragnienie, robiac przy tym niechcacy wielka kaluze na srodku drogi. Udaje sie wszystko zrobic bez pomocy z zewnatrz i ruszamy dalej. Niespodzianka. Plyniemy promem przez rzeke. Dobrze, ze mamy jeszcze troche forintów i starcza nam na przeprawe. Prom na korbke. Ciekawe czy to efekt dzialania tutejszych zielonych czy tez brak cywilizacji. Jest przynajmniej fajnie bo cicho. Niewyspani i przepoceni szukamy jakiegos noclegu. W koncu ladujemy na campingu w Vasarosmenach. Nie chca tam jednak naszych zlotówek i znów szukamy exchange . Trwa to dosyc dlugo. Kantory pozamykane, banki tez. Wlasciciel pensjonatu w którym mamy nadzieje wymienic walute, na pytanie Do you speak English ? wzrusza ramionami. Nie zna zadnego jezyka
poza ojczystym i odrobina rosyjskiego. Poslugujac sie jezykiem rosyjsko-obrazkowym wymieniamy marki. Mamy juz forinty na camping. Bierzemy dlugo oczekiwany prysznic i siadamy do kolacji. Namiot nasz wyglada nietypowo. To wlasciwie sam tropik a za podloge sluzy folia budowlana kupiona dzień przed wyjazdem.
Wtorek 23.07.02 r. (Wegry, Slowacja)
Poczatek jak co dzien. Wstajemy, pakujemy sie, male sniadanie i w droge. Jedziemy do Zahony na granice z Ukraina. Na przejsciu dluga kolejka. Mijamy ja prawa strona. Wegrzy nas wypuszczaja bez problemu. Ukrainiec chce od nas wize. Nie mamy wiec musimy dac na piwo. Dajemy w paszporcie 200 Ft (ok.4zl). Celnik usmiecha sie, oddaje nam paszport, pieniadze i ... puszcza dalej. Niestety na samym koncu tej szopki cofaja nas. Malo im dokumentów a raczej dolarów, których postanowiliśmy że im nie damy! Świnie nas nie przepuścili. Nie mieliśmy kasy na rozdawanie za nic. Zresztą miarka się przebrała i odeszła nam ochota na idiotów. Mimo szczerych chęci i całej przyjaźni dla braci Ukraińców wkurzyliśmy się i zawróciliśmy a właściwie po kilkudziesięciu minutach bezskutecznego wyłudzenia od nas baxów sami nas zawrócili. Co zrobic. Jedziemy na przejscie ze Slowacja przez Satoraljaujhely. Znowu prom ale tym razem napedzany silnikiem spalinowym. Pogoda nam dopisuje. Piec minut na granicy i jestesmy na Slowacji. Tu czujemy sie prawie jak w domu. Mozna sie wreszcie dogadac. Zatrzymujemy sie w malutkim motorescie. Jemy pyszny i niedrogi obiadek. Smazony ser byl naprawde wysmienity. Bardzo pozytywnie wplywa to na nasze samopoczucie. Jedziemy do Koszyc. Tu tez zatrzymujemy sie na campingu. Oprócz nas sa Norwedzy, Holendrzy i Francuzi. Po zakwaterowaniu robimy rundke by night po miescie zahaczajac o monopol.

Sroda 24.07.02 r. (Slowacja)
Wyjezdzamy wypoczeci.
Jedziemy malownicza, górska serpentyna. Jeziora, lasy, potoki i góry tworza widok jak z bajki. Troche zaczyna sie slizgac sprzeglo ale drobna regulacja zupelnie eliminuje ten efekt. Na paliwie 91 jakie mozna dostac na Slowacji silnik chodzi bardzo dobrze. Na Wegrzech tankowalismy gotowa mieszanke z dystrybutora. Szkoda, ze w Polsce nie ma takich dogodnosci. Zaczyna dmuchac spod baku. Zatrzymujemy sie by dokrecic swiece. Wstyd sie przyznac ale nie wieziemy ze soba zadnej zapasowej. Nie jest jednak potrzebna. W Tatrzanskiej Lomnicy jestesmy wieczorem. Spimy w okolicach Kezmaroka u starszego malzenstwa.

Czwartek 25.07.02 r. (Slowacja, Polska)
Wstajemy po 12 (!) godzinach. To juz ostatni dzien naszego wyjazdu. Zegnamy sie z gospodarzami, dajemy im widokówki i wyruszamy. W Lomnicy kupujemy pamiatki (za bilon który nam zostal) i jemy hot-dogi w wersji mini czyli sama parówka w bulce. Pogoda kiepska. Góry pograzone sa w chmurach. Praktycznie ich nie widac. Szkoda bo fajnie bylo by wreszcie troche pochodzic. Mzy. Korek na przejsciu nas nie interesuje. Juz nauczylismy sie jak sobie z nim radzic. Jestesmy w Polsce. Radosc i smutek. Nie wiadomo czego wiecej. Pozostalo juz tylko ok. 400 km. W Grabowie ostatni raz tankujemy. Tym razem za 10 zl. Jedziemy juz na rezerwie i glupio by bylo pchac przed samym domem. W Kaliszu jestesmy o 22. Ostatnie pamiatkowe zdjecie przed blokiem i to juz koniec naszego wyjazdu.
(C)Wyatt
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|